Między procedurą a człowiekiem
Esej o chorobie, bólu i granicach systemu ochrony zdrowia
„Po pierwsze – nie szkodzić”.
Ta zasada, przypisywana medycynie od wieków, brzmi dziś bardziej jak pytanie niż odpowiedź. Nie wiem, kto dokładnie ją wypowiedział po raz pierwszy, ale wiem jedno: jako pacjent chciałem w nią wierzyć. I wciąż chcę. Nawet po tym, czego doświadczyłem.
Od ponad roku zmagam się z poważnym problemem zdrowotnym – przetoką w jelicie grubym oraz raną, która krwawi i co do której nie było pewności, czy nie ma charakteru nowotworowego.
To nie jest rodzaj choroby, który pozwala funkcjonować normalnie. Towarzyszy jej ból, napięcie mięśni, ograniczenia w codziennym życiu oraz stały, cichy lęk: co, jeśli to rak?
Zostałem skierowany na kolonoskopię. Samo badanie – paradoksalnie – było jednym z nielicznych momentów, w których poczułem się potraktowany profesjonalnie. Lekarz wykonał je sprawnie i bez zbędnego cierpienia.
Problem pojawił się później. Podczas badania lekarz poinformował mnie, że widzi zmianę, z której należałoby pobrać wycinek, ale nie zrobi tego bez znieczulenia, ponieważ miejsce jest silnie unerwione, a ból byłby trudny do zniesienia. Odesłał mnie z powrotem do chirurga.
To, co wydarzyło się później, było dla mnie momentem granicznym. Chirurg, do którego trafiłem, postanowił pobrać wycinek bez znieczulenia. Próba została podjęta. Ból był tak silny, że nie byłem w stanie go znieść i odmówiłem kontynuowania zabiegu.
Nie była to decyzja impulsywna ani wygodna. Była instynktowną obroną przed cierpieniem, które przekraczało moje możliwości.
Reakcja lekarza była chłodna, a nawet wroga. Usłyszałem zarzut, że „nie chcę się leczyć”. To zdanie zapamiętałem bardzo dobrze.
Bo w rzeczywistości było dokładnie odwrotnie: szukałem leczenia, ale nie zgadzałem się na ból, który – jak wcześniej usłyszałem – dało się ograniczyć.
Zostałem skierowany do wykonania badań w warunkach szpitalnych. W praktyce oznaczało to jedno: SOR. Inne placówki nie chciały mnie przyjąć na podstawie tego skierowania.
Nie dano mi jasnej informacji, gdzie, kiedy i w jakich warunkach to badanie może się odbyć. Zostałem sam z decyzją.
Pojechałem do Szpitala Praskiego p.w. Przemienienia Pańskiego w Warszawie. Zakładałem, że zajmie to kilka godzin. Byłem przygotowany na czekanie. Nie byłem przygotowany na to, co zastałem.
SOR był przepełniony. Ludzie stali godzinami. Miejsc siedzących było zdecydowanie za mało.
Po kilku godzinach udało mi się usiąść w miejscu, które trudno nazwać poczekalnią – raczej korytarzem awaryjnym. Usłyszałem rozmowę z kobietą, która była tam z matką od dziesięciu godzin i dowiedziała się, że zostaną odesłane do domu, bo szpital nie ma możliwości ich przyjąć.
W tym momencie zrozumiałem, że mogę spędzić tam całą noc. Byłem wyczerpany, w bólu, bez leków, bez możliwości ulgi, którą w moim przypadku daje jedynie ciepła kąpiel.
Zapytałem pielęgniarkę, ile to może jeszcze potrwać i co mam zrobić, jeśli przestaną kursować autobusy. Odpowiedź była krótka: „To jest pana problem.”
Nie krzyczała. Nie była agresywna. I może właśnie dlatego to zdanie było tak dotkliwe. W tym momencie przestałem być pacjentem, a stałem się problemem logistycznym.
Zrezygnowałem z przyjęcia. Wyszedłem. Wróciłem do domu zmęczony, upokorzony i z poczuciem całkowitej bezradności.
Poszedłem do szpitala po pomoc – i jej nie znalazłem.
Nie piszę tego eseju po to, by oskarżać lekarzy czy pielęgniarki. Wiem, że pracują w warunkach skrajnego przeciążenia.
Widzę procedury: triage, kolory, statystyki, decyzje podejmowane pod presją. Rozumiem to wszystko rozumem. Ale ciało i psychika pacjenta działają inaczej.
Z perspektywy czasu zadaję sobie pytania: czy odmowa zniesienia bólu jest odmową leczenia? Czy procedura może usprawiedliwiać brak empatii? Czy system, który nie informuje pacjenta o realnych możliwościach, nie produkuje cierpienia zamiast je leczyć?
Zadaję też pytanie o odpowiedzialność państwa. Jako osoba pracująca, odprowadzająca składki, mam prawo oczekiwać nie luksusu, ale minimum godności: informacji, miejsca do siedzenia, szacunku.
To nie są koszty nie do udźwignięcia. To są decyzje organizacyjne.
Ostatecznie pomoc znalazłem poza systemem – dzięki rodzinie i życzliwości ludzi, którzy pomogli mi dotrzeć do miejsca, gdzie badanie zostanie wykonane ze znieczuleniem.
Jestem osobą wierzącą i mam nadzieję, że dalsze leczenie przebiegnie właściwie.
Ten esej nie jest podsumowaniem, lecz apelem. Nie o rewolucję, ale o refleksję.
O powrót do pytania, które medycyna powinna zadawać sobie każdego dnia: czy w tym wszystkim nie zgubiliśmy człowieka?
Bo jeśli pacjent, który szuka pomocy, wychodzi ze szpitala bardziej poraniony niż wszedł, to znaczy, że ktoś jednak zaszkodził. Nawet jeśli zrobił to zgodnie z procedurą.